King Arthur: Knight’s Tale – recenzja gry

Kładę na klawiaturze lepkie od krwi palce. Zaledwie chwilę temu ramię w ramię z rycerzami Okrągłego Stołu przelewałem bratnią krew w imię własnych interesów. Jam jest Avalon, spoglądający na ochrzczoną w ogniu krainę z wież Camelotu. Zbezczeszczę świątynie, dobiję rannych, zniszczę dotychczasowy porządek, a nade wszystko wytropię i zniszczę ostatnie pozostałości po Królu Arturze. Bo… mogę. Już nikt nie zakwestionuje mojej tyranii. Wciąż mało, nie jesteś przekonany? Zatem zapraszam do lektury. Przed tobą nasza recenzja King Arthur: Knight’s Tale. Gry, w którą włożono dużo więcej serca, niż pieniędzy.

King Arthur Knights Tale recenzja

Wprawdzie mariaż z mrocznym światem arturiańskich legend rozpoczął się już dawno, od wczesnego dostępu, ale dopiero teraz możemy należycie skonsumować ten związek. Nasza wyprawa po tron Camelot, jak na fantasy przystało, rozpoczyna się w lochu. Sir Mordred, odwieczny przeciwnik Króla Artura powstaje z martwych, by jeszcze raz stoczyć walkę ze swoim nemezis. Oddech w truchło tchnęła Pani Jeziora, która za wszelką cenę chce oczyścić Avalon z wpływu splugawionego monarchy.

Może nie wybrała do tego najszlachetniejszego z rycerzy Okrągłego Stołu, ale taki ruch studia NeocoreGames otwiera przed nami szereg możliwości. Sir Mordred może, ale nie musi zgrywać błędnego rycerza. Cel wyprawy jest jasny, może i nieco trywialny czy naciągany, ale za to droga do niego pełna pokus i możliwości. Mało to księżniczek ratowaliśmy z wież? Teraz jest czas, by zgrywać tego złego. Przynajmniej dla mnie tak było i chociaż King Arthur: Knight’s Tale nie jest wolne od wad, to bawiłem się z grą świetnie.

Głęboko do źródeł

Głównie dlatego, że już po kilku pierwszych godzinach przekonujemy się, że dla NeocoreGames legendy o Królu Arturze to nie pierwszyzna. Gra zabiera nas do mrocznego, dystopijnego świata fantasy z klimatem tak gęstym, że można go ciąć mieczem. Ekipa odhaczyła wszystkie najważniejsze motywy z różnych kręgów kulturowych i dorzuciła sporo od siebie. Tę mieszankę pieczołowicie przygotowano w każdej z dostępnych w grze misji, zarówno głównych, jak i pobocznych.

King Arthur screen 7

Dosłownie czuć tę pasję do arturiańskich legend, która znalazła odzwierciedlenie w każdym z rycerzy Okrągłego Stołu, Shide czy Foromorianach. Twórcy zadbali o to, by każda z misji była fabularyzowana, unikalna i angażująca, a przy okazji zaaplikowali nam solidną pigułkę wiedzy o świecie z mitów. Czy to w bezpośrednich liniach dialogowych, rozmowach pomiędzy członkami kompanii czy kreacji poziomów. Te ostatnie, z drobnymi uzasadnionymi wyjątkami, są unikalne dla każdej z około 80 misji. Chylę czoła takiemu zaangażowaniu.

Szczególnie że utrzymano je również podczas projektowania rycerzy, którzy najprawdopodobniej wejdą w skład naszej drużyny. Każda z postaci ma unikalną osobowość, motywacje i cel dla samej rozgrywki. Nawet jeśli tylko garstka wybrańców gra w fabule pierwsze skrzypce, to wszystkich potraktowano z równą starannością, uwypuklając ich kluczowe cechy. Dzięki temu wnoszą do zabawy sporo kolorytu przez swój komizm, patetyzm czy tragizm.

Legendy arturiańskie w trzech wymiarach

King Arthur: Knight’s Tale to taktyczne RPG, w którym zabawę prowadzimy na trzech płaszczyznach. Zabawę rozpoczynamy w lochu, jeszcze w czasie prologu, gdzie swobodnie eksplorujemy przygotowany dla misji poziom. Dopiero konfrontacja z przeciwnikami przenosi nas do rozgrywki turowej, do czasu wyeliminowania ostatniego z oponentów. Po krótkim wstępie przenosimy się do swojej bazy wypadowej w Camelot, skąd będziemy kontynuować naszą pogoń za Królem Arturem. Tak w dużym skrócie wygląda pętla rozgrywki – od przygotowań, po przygodę, aż do ostatecznej konfrontacji.

King Arthur Knights Tale recenzja screen 2

Nad wszystkim góruje jednak wspomniana już wcześniej moralność. W rozmaitych sytuacjach staniemy przed wyborami, które w zauważalny sposób wpłyną na przebieg rozgrywki. Nie chodzi tylko o to, by protagonista inaczej zareagował, a powiązany z tym kompas moralności. W King Arthur: Knight’s Tale mamy cztery ścieżki – prawego rycerza lub tyrana, a przy tym wyznawcy Starej wiary czy kierującego się wartościami chrześcijańskimi. W zależności od podjętych przez nas wyborów możemy odblokować dodatkowe misje, premie, popleczników czy nowe prawa.

Początkowo miałem obawy co do tego, jak wybory wpływają na dalszy przebieg kampanii, ale okazuje się, że twórcom udało się wypracować niezły kompromis. Główna fabuła przebiega liniowo, a podejmowane przez nas wybory tylko podkreślają drogę, którą będziemy zmierzać do celu. Kalkulacja zysków, strat i konsekwencji podjętych decyzji działa nieźle. Zachęca też do kolejnej kampanii, którą przejdziemy już zupełnie inaczej, mając przy boku kilka innych postaci. Wszystko wyjaśni się już w samym Camelot, skąd rozpoczniemy każdą z wypraw.

Pan na włościach

W tym aspekcie twórcy poszli po linii najmniejszego oporu, czerpiąc garściami ze sprawdzonych rozwiązań. I dobrze, bo dzięki temu przygotowali solidną bazę wypadową dla naszych misji bez zbytniego przekombinowania. Ciekawym urozmaiceniem okazały się dodatkowe tytuły, które możemy nadać naszym rycerzom. W zależności od stopnia rozwoju zamku mamy szereg ważnych funkcji do zaoferowania. Ci, którzy je piastują, nie tylko są skuteczniejsi dzięki podniesieniu wskaźnika lojalności, ale też zapewniają nam dodatkowe premie. Dodatkowy punkt dla klimatu, a i bonusy całkiem przyjemne.

King Arthur screen 4

Poza wczesnym feudalizmem Camelot to przede wszystkim hub dla sir Mordreda i jego kamratów. Tu wyposażymy postacie, wykorzystamy punkty doświadczenia dla rozwijania ich umiejętności oraz wyliżemy zadane nam rany. Podczas zabawy zbierzemy też złoto i zasoby ludzkie, które pozwolą nam za odpowiednią opłatą przywrócić podupadający zamek do świetności. I tu nie uświadczymy żadnych kombinacji – im lepiej rozwinięty budynek, tym lepiej nam służy – czy to dla szkolenia rycerzy, leczenia ich ran czy łagodzenia skutków doznanych kontuzji.

Ostatecznie wszystko sprowadza się do tego, co przed nami. Przebieramy rozmaite elementy wyposażenia, komponujemy drużynę z przedstawicieli sześciu rozmaitych klas i dbamy o odpowiednie zapasy. Cały proces zajmuje sporo czasu, bo twórcy zadbali o różnorodne elementy ekwipunku, oferowane przez nie bonusy i kilka poziomów rzadkości przedmiotów. Możliwości jest sporo, a każdy kierunek dobry, o ile zachowamy odpowiednią synergię i odpowiednio wykorzystamy atuty podopiecznych. Wyprawka jest niezbędna, bo w czasie rozpoczętej misji nic już nie zmienimy.

Krok po kroku

Nasza kampania przeciwko Arturowi rozgrywa się czterech aktach, pomiędzy którymi obejrzymy klimatyczne i doprawdy efektowne filmiki. Po drodze czeka nas eksploracja rozmaitych zakątków mitycznej krainy. Od razu przyznam, że momentami trudno było mi podążać za główną liną fabularną gry. Tytuł rzuca nas po różnych wątkach, skalując poziom trudności i skłaniając do angażowania się w zadania poboczne. Te ostatnie, podobnie jak misje główne, są zbiorem różnych opowieści, które niekiedy mają ciąg dalszy. Skaczemy po mapie, wątkach i zadaniach, by podbić poziom rycerzy, dokooptować nowych czy zebrać nieco surowców pod rozbudowę zamku.

King Arthur screen 3

W praktyce pojawiamy się na mapie misji, którą od tego momentu eksplorujemy swobodnie w czasie rzeczywistym. Twórcy niekiedy już na wejście angażują nas w jakiś wątek, a czasami zwiedzimy kilka pomniejszych miejscówek, zanim akcja nabierze tempa. Docelowo do każdego wyzwania możemy podejść z czwórką rycerzy, ale nierzadko w toku misji dołączają do nas przeróżne postacie niezależne. Część z nich zostaje nawet z nami na stałe. I tak jak momentami w globalnej opowieści trudno się połapać, tak poszczególne misje jasno komunikują nam to, co musimy zrobić, by zwyciężyć.

Wycieczka po starannie zaprojektowanych mapach to też okazja do otwarcia skrzyń ze skarbami i skrytek. Czasami spotkamy postaci niezależne, które zlecą nam zadanie poboczne, a innym razem chłopka, który za sakiewkę złota wymieni punkt rozwoju bohatera. Na zmęczonych, obitych i wynędzniałych czekają ogniska, które przywrócą punkty zdrowia lub pancerza. Na zaradnych zaś kapliczki, które zagwarantują premie na cały czas trwania misji.

Za Camelot!

Przechadzka po zakątkach Avalonu to świetna sprawa, ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy… walką. Tu pokuszę się o jeden solidny przytyk. Mianowicie nierzadko odczułem, że bijemy się o jeden raz za dużo. Nie ze względu na poziom trudności. Bardziej przez statyczny charakter walk i związany z tym czas ich trwania. King Arthur walką stoi i nie ma w tym nic złego, ale momentami było tego za wiele. Ta o jedna potyczka za dużo nierzadko sprowadzała się do ponownego odtworzenia tych samych zagrań, ale na nowych celach. Może brzmi to dziwnie, w kontekście taktycznego RPG, ale momentami twórcy przeholowali.

King Arthur Knights Tale recenzja screen 6

Same starcia rozgrywamy na siatce kwadratowych pól, które przemierzamy, korzystając z punktów akcji. Te ostatnie ustalają, jakich umiejętności możemy użyć i o ile pól przesunąć nasze piony. Te same zasady dotyczą naszych oponentów, którzy jednak niemal zawsze przygniatają nas przewagą liczebną. Także w tym aspekcie ekipa poszła po sprawdzone rozwiązania, wprowadzając masę umiejętności, system osłon i premie za flankowanie. Różnorodne klasy świetnie się uzupełniają, a wiele rodzajów przeciwników zmusza nas do elastycznego podejścia do każdej wymiany.

Poza próbami sił z całą gamą mitycznych istot stajemy do walki z potężnymi bossami. Tych w King Arthur: Knight’s Tale nie ma bardzo wielu, ale każdy daje nam dostatecznie w kość. Zazwyczaj starcia z bossami są zawiązaniem głównego wątku, ale tryb endgame też ma sporo w tej kwestii do zaoferowania. Ostatecznie walki z dominacją starć na krótkim dystansie bardziej przypominają partię szachów, zarówno dynamiką, jak i koniecznością planowania na turę czy dwie naprzód. Może się podobać, ale jak wcześniej wspomniałem, gdy było ich za dużo, to tempo zabawy brało w łeb.

Wzloty i upadki

Nawet jeśli budżetowy charakter omawianej gry może być sporym zarzutem, to przyznam, że dla mnie jest sporą zaletą. Nie jest to recenzja wysokobudżetowej produkcji, a Neocore Games przy King Arthur: Knight’s Tale działało na miarę swoich możliwości. I tak dostarczyło nam najlepszą grę, na jaką mogło sobie pozwolić. Jak wcześniej wspomniałem, w każdym pikselu czuć pasję i serce włożone w prace nad tytułem.

King Arthur screen 11

Można czepiać się o niezbyt dopieszczoną oprawę wizualną, czy muzykę, która okazała się nieco uboga w ścieżki dla tak długiej gry. Jednak zarówno lekko szpecące wizualnie grę ziarno, jak i dostępne utwory świetnie współgrały z wizją arturiańskich legend, którą roztoczyli przed nami twórcy. Klimatu dopełnia całkiem nieźle przygotowany angielski dubbing dla postaci, a o przystępność dla rodzimej publiki dba polska lokalizacja. Ta ostatnia jest pełna luk i nie objęła całego tekstu gry, ale przynajmniej pojawiła się w dniu oficjalnej premiery. Wisienką na torcie okazały się oddzielające kolejne akty fabuły przerywniki filmowe. Może i nie były na absolutnie najwyższym poziomie, ale należycie odegrały swoją rolę.

Długi okres wczesnego dostępu nie uchronił też gry przed kilkoma zauważalnymi błędami. Momentami eksploracja poziomów sprawiała wrażenie podejrzanie powolnej, a prowadzący marsz potrafił zablokować się na różnych obiektach. Innym razem bohaterowi włączał się tryb automatycznego kroczenia naprzód, a przy niektórych walkach kamera nieubłaganie uciekała w tylko sobie znanym kierunku. Jednocześnie dało się odczuć, że pod względem optymalizacji pierwszy akt gry był daleko w tyle za resztą przygody.

Recenzja King Arthur: Knight’s Tale – warto zagrać?

Jeśli szukasz solidnej gry taktycznej w klimacie arturiańskich legend, to już nie musisz. King Artur: Knight’s Tale ma to wszystko, a nawet więcej. Nie jest to święty Graal fanów gatunku, a bardziej Excalibur, który powinien trafić w odpowiednie ręce. Propozycja dla tych, którzy lubią oderwać się od realnego świata w kilkugodzinnych sesjach i bez wyrzutów sumienia kontynuować zabawę tydzień później. Produkcja może i nie wciągnie cię jak bagno, ale z pewnością wynagrodzi ci każdą spędzoną podczas rozgrywki godzinę.

King Arthur Knights Tale recenzja screen 8

Twórcy nie ustrzegli się technicznych błędów i momentami na zbyt długo przykuwają nas statycznych walk, ale za to świetnie bronią się klimatem, kreacją świata i masą smaczków dla szczególnie obeznanych i zaangażowanych. Nie należysz do tego grona? Te niemal 60 godzin z grą na pewno to zmieni. Całość może wydawać się początkowo nieco zbyt łatwa, ale dzięki temu łagodniej wprowadza nas w swoje zasady, a na ryzykantów zawsze czeka zabawa w trybie roguelite na jednym pliku zapisu.

W King Artur: Knight’s Tale jest potencjał i chociaż Avalon może i mroczny, to kilka łatek i dodatków zagwarantuje marce świetlaną przyszłość. Jeśli tylko gra podchodzi ci klimatem, to wszystko inne na pewno się obroni. Przekonasz się sam.

Podsumowanie

PLUSY

  • mroczny klimat;
  • pieczołowicie przygotowane misje;
  • unikalni bohaterowie;
  • rozbudowa bazy;
  • kreacja świata;
  • wybory moralne;
  • różnorodność przeciwników;
  • walki z bossami;
  • dubbing;
  • dwa tryby rozgrywki;
  • przerywniki filmowe;
  • tona, tona zawartości;
  • gra tworzona z pasją do materiału źródłowego.

MINUSY

  • nierówna optymalizacja z wyraźnie kulejącym pierwszym aktem;
  • początek wyraźnie zbyt łatwy;
  • SI przeciwników nie za ambitne;
  • kilka mniejszych i większych bugów;
  • skromna świeża audio;
  • do oprawy wideo trzeba przywyknąć.

KING ARTHUR: KNIGHT’S TALE TO KILKADZIESIĄT GODZIN SOLIDNEJ, ALE NIE ZAWSZE EMOCJONUJĄCEJ ROZGRYWKI. NIE JESTO TO ŚWIĘTY GRAAL FANÓW GATUNKU, A EXCALIBUR, KTÓRY POWINIEN TRAFIĆ W ODPOWIEDNIE RĘCE.

OCENA – 7.8/10

Grasz już? Sprawdź nasz praktyczny poradnik do King Arthur: Knight’s Tale.

Jeśli dotarłeś aż tutaj, to będzie nam bardzo miło, jeśli wesprzesz naszą pracę i polubisz profil strategniedzielny.pl na Facebooku.